A może in-vitro?

Written in

– autor:

To pytanie padnie chociaż raz u każdej pary, która doświadcza niepłodności. Może zostanie wypowiedziane, może pozostanie w sferze myśli. Może zapyta o to ktoś z rodziny, albo przyjaciel, a może to będzie pytanie żony do męża lub męża do żony. Jestem przekonany, i wiem ze słyszenia, że to pytanie pojawia się także w rodzinach głęboko katolickich – mimo, że kościół rozpętał dookoła tego tematu ideologiczną burzę. Nie chciałbym wchodzić za głęboko w kwestie religijne, ale dla porządku dodam że jestem apostatą i stanowisko hierarchów katolickich nie obchodzi mnie w kontekście naszej rodziny. Rozumiem, że możesz mieć inaczej. W czasach młodości kumplowałem się z gościem który odkrył swój homoseksualizm, a jednocześnie był głęboko wierzący i praktykujący. Pamiętam, jaki dramat przeżywał nie umiejąc pogodzić tego w głowie, w sercu. Jeśli masz podobnie, i z jednej strony chcesz podążać za nauką kościoła, a z drugiej pragniesz mieć dziecko, to po prostu współczuję. Zaznaczam tylko, że to nie jest mój problem, i w tym temacie nie mam żadnych doświadczeń.

Chcę jednak, znów dla porządku, uprzedzić że w temacie IVF będzie trzeba sobie odpowiedzieć jeszcze na wiele innych pytań, i te kwestie moralno-etyczne są tutaj wyjątkowo zawiłe, nawet jeśli wyłączyć z tego religię. Przede wszystkim trzeba uczciwie podkreślić, że zapłodnienie pozaustrojowe to jest procedura która w 95% skupia się na kobiecie. To jej ciało będzie poddawane rozmaitym zabiegom, zastrzykom, długotrwałemu dyskomfortowi. Na czysto fizycznym poziomie widzę, że moje miesiące terapii hormonalnej to był pikuś w porównaniu z tym, co przeżywała moja żona w trakcie stymulacji. To, co pozostaje w gestii mężczyzny to dostarczenie nasienia w odpowiednim czasie, a potem opieka nad partnerką.

Być może z lektury poprzednich wpisów i sposobu w jaki opowiadam o sytuacji, zdążyło się już przebić to, że dla mnie rodzicielstwo i ciąża jest projektem wspólnym. Zawsze mówiłem, że zaszliśmy w ciążę, że leczymy się w klinice, że robimy zastrzyki i tak dalej. W naszym konkretnym przypadku najpierw uwaga poszła na mnie i na próbę hormonalnego podkręcenia nasienia, a później już zupełnie na żonę. Ważne, że na każdym etapie byliśmy w tym razem. Gdybym na podstawie swojego doświadczenia miał dać jedną tylko radę, jak przejść przez niepłodność, odpowiedziałbym, że wspólnie. Oczywiście, i napiszę o tym kiedyś osobno, dla mężczyzny możliwość wygadania się przed innymi mężczyznami jest super istotna i wspierająca. Ale w codziennym życiu, przy zastrzykach, testach ciążowych, warto być po prostu razem.

Boli mnie, kiedy widzę w klinice parę która przyszła wspólnie, ale do gabinetu nie wchodzi razem. Taką scenkę zapamiętałem: lekarka wychodzi z gabinetu, wzywa damskie imię, kobieta wstaje i przed samym gabinetem macha do męża żeby też wstał. Ten zatopiony w telefonie, nawet nie widzi tego gestu, siedzi dalej. Jego żona macha ręką, ale już w rezygnacji i wchodzi samodzielnie. Nie obwiniam go, absolutnie. Prawda jest taka, że współczesnych mężczyzn nikt nie nauczył obsługi swoich emocji, i muszą doszkalać się na własną rękę. W relacjach też różnie jest z tą transparentnością emocjonalną.

Jestem jednak głęboko przekonany, że ten facet który nie wchodzi do gabinetu, albo nie pojawia się w ogóle w klinice, też cierpi. Nie umie tego nazwać, opisać, przekazać, ale na głębokim poziomie po prostu płacze. Dla mnie ta podróż, zwana niepłodnością, jest nie tylko próbą naszego związku, ale także olbrzymim potencjałem do wzrostu. Trzeba sobie jednak na to wszystko dać czas i przestrzeń.

Wracając do samej procedury – zaczyna się dosyć spokojnie, od wizyt na których umawia się potencjalne terminy, robi badania, opowiada o samej procedurze. Nic, czego byście już wcześniej nie przerobili w trakcie prób leczenia niepłodności, jeśli jakieś były. Jeśli chcecie się załapać na program dofinansowywany, to kilka miesięcy trzeba najczęściej poczekać. Z mojej perspektywy to bardzo dobrze, jest czas na mentalne przygotowanie się do tego wszystkiego, jakieś próby zrelaksowania się „na zapas”, i tak dalej.

Naturalnym jest jednak, że ten czas pozwala także na zgromadzenie większej wiedzy. I dowiadujesz się na przykład, że jeśli w procedurze powstanie więcej zarodków, niż będziecie chcieli użyć, to one przez 20 lat podlegają mrożeniu, a potem przekazywane są do anonimowego dawstwa. Przyznam, że dla mnie ta informacja była na początku szokująca. Może to moja ignorancja, a może niewiele się o tym po prostu mówi, ale informacja ta wydała się dla mnie nowa. Szczególnie w kontekście tego, że IVF to absolutna ruletka. Nie zaplanujesz sobie, że chcesz mieć dwójkę dzieci i w procedurze mają powstać dwa zarodki, nie więcej.

W naszej sytuacji, kiedy jakość nasienia (nawet mimo wspomagania hormonami) jest obniżona trzeba maksymalizować szanse i zapładniać więcej komórek jajowych. Niby statystyka ma jakiś pogląd na to ile może z tego powstać zarodków, ale gwarancji nie ma. Lekarze skupiają się na tym, żeby powstały w ogóle, i żeby udało się doprowadzić do tej jednej, upragnionej ciąży. Co się wydarzy dalej – to już trochę nieistotne na tym etapie, mówiąc brutalnie.

Żyjemy w czasach w których dużo się nam obiecuje. Social media, marketing, wizje pozytywnego życia bez zmartwień wylewające się zewsząd… Niestety także niektóre kliniki płodności stosują dość agresywną linię komunikacji: „z nami na pewno się uda!”. Unikałbym takich miejsc, tak jak unikałbym traktowania in-vitro jako recepty i gwarancji na to, że osiągnięcie sukces.

Wiem, to nie brzmi za pozytywnie, ale serio, jeśli podejdzie się do tego z zimniejszą głową, trochę łatwiej jest przechodzić przez kolejne kroki. Przede wszystkim: szanse każdej pary są zupełnie inne. Wiek, zdrowie, wcześniejsza historia medyczna, setka innych czynników rzutują na to jak łatwo/ciężko może procedura przebiegać. Badania potwierdzają, że generalnie szanse rosną z każdym kolejnym podejściem.

Tu się zatrzymam na chwilę, żeby powiedzieć o czymś, co już na początku leczenia niepłodności wydało mi się zasadne. Limit. Słyszałem dużo o ludziach leczących się kilkanaście lat, o kobietach które poroniły 10 razy, o wielu nieudanych próbach in-vitro i podróżach od kliniki do kliniki. Nie podejmuję się oceny takiej postawy, ale wiem że to nie jest coś, czego bym chciał w swoim życiu. Postawiliśmy więc z żoną wyraźną granicę ilości prób, do których podejdziemy, zanim nie uznamy że już dość, i pora rozejrzeć się za innymi sposobami na rodzicielstwo.

Dlaczego to dla mnie ważne? Bo w całym leczeniu niepłodności jest bardzo, bardzo dużo niepewności. Jeszcze więcej braku kontroli. Przypomina to trochę grę w kasynie, ale jest zgaszone światło, drinki stanowczo za mocne, karty znaczone a stół przekrzywiony. W takiej sytuacji jedyne, co może jakość przynieść komfort to mocne postanowienie, że po tej partii wstajesz od stołu i kończysz.

Klinika, do której trafiliśmy umożliwiała bezpłatne konsultacje z psycholożką. Trafiła nam się super babka, która w bardzo światły ale i przyjacielski sposób o tym opowiadała. Powiedziała też słowa, które zapadły mi w pamięć: „radziłabym wszystkim parom, które podchodzą pierwszy raz, żeby sobie za dużo nie obiecywali, ale jeszcze nie widziałam takiej pary której by się to udało”.

Czy to jest metoda, z której chcecie skorzystać? Nie wiem. My postanowiliśmy dać jej szansę.

Tagi

Kategorie

Dodaj komentarz

niepłodny blog

męskie spojrzenie na niepłodność