To dosłowny cytat z rozmowy telefonicznej, którą odbyłem dwa dni po pierwszej wizycie w klinice. Ale nie uprzedzajmy faktów. Żeby tam dotrzeć, musieliśmy najpierw umówić się na wizytę. Klinik jest całkiem sporo, ale najbardziej znanych – kilka. Na początku, nie mając specjalnie wiedzy w tym temacie, kierowaliśmy się więc przekonaniem, że te które są najbardziej znane będą najlepsze. Cóż, każdemu pozostawiam to do własnej oceny, ale w naszym przypadku był to „mylny błąd”.
Pierwsza wizyta była dość krótka. Lekarz najpierw przeprowadził badanie żony, stwierdził że wszystko co można zbadać na teraz jest OK, ale do dalszej diagnostyki potrzebny jest cały klaser badań u nas obojga. Większość z nich to badania genetyczne, robione z krwi, dość drogie ale niezbędne żeby wykluczyć pierwszych kilka potencjalnych przeszkód. Najpopularniejsze, głównie ze względu na popkulturę, badanie u mężczyzn to badanie nasienia. Seminogram. Standuperzy z całego świata obśmiewają to w swoich programach, jako niezręczny moment w którym mężczyzna musi zapełnić pojemniczek spermą w drodze masturbacji. Obśmiewają, bo to w komedii najlepsza metoda na oswojenie czegoś niezręcznego, a umówmy się – to jest jednak dosyć niezwykłe doświadczenie.
W pierwszej klinice do której trafiłem był to nieduży pokoik, wyposażony w telewizor, wygodny fotel, umywalkę i spore ilości ręczników papierowych. Mój ulubiony gadżet z tej kliniki to odświeżacz powietrza, którego można było użyć, żeby nie zostawiać po sobie zapachu gorącej nocy w liceum.
Zupełnie technicznie wygląda to tak: dostajesz od pielęgniarki pojemniczek opisany twoim nazwiskiem, PESELem, tak żeby nie było mowy o pomyłce. Następnie instrukcje co z nim zrobić na koniec: tutaj bywa różnie, czasem proszą o odstawienie go w konkretne miejsce w pomieszczeniu, czasem do okienka, czasem po prostu o zostawienie na półce. Wiem z rozmów z innymi facetami, że niekiedy te pokoje nie są tak komfortowe, ściany przepuszczają dźwięk, a sam pokoik znajduje się bardzo blisko recepcji. Cóż – bywa z tym różnie. Moje najgorsze doświadczenie to zacinający się pilot do telewizora, który spowodował że kiedyś odtwarzacz zawiesił się na filmie „stara bezzębna k*rwa robi mu dobrze”. Śmiałem się z tego potwornie, ale żeby nabrać takiego dystansu trzeba trochę czasu, a pewnie też i nastawienia. Pokój w pierwszej klinice był elegancko zamykany od środka, miałem świadomość że czas nie jest specjalnie ograniczony, bo pacjenci byli zapisywani co godzinę. Ile bym jednak o tym nie pisał, to zawsze za pierwszym razem będziesz zestresowany. Czy z kolejnymi razami staje się to łatwiejsze? Może trochę. Najważniejsze, żeby pamiętać po co się to robi, że stoi za tym jakiś wyższy cel, i że ostatecznie jest to po prostu badanie, konieczne do dalszej diagnostyki.
Wiem że dla niektórych facetów to badanie wydaje się upokarzające, i zapierają się przed nim rękoma i nogami. Słyszałem, że istnieje opcja doręczenia takiego pojemniczka do kliniki, pod warunkiem że zrobisz to w ciągu pół godziny i zadbasz o utrzymanie temperatury. Nigdy nie korzystałem, ale jeśli dla kogoś jest to jedyna opcja, mogę to zrozumieć. Tak samo jak kumam że dla katolików, czy osób wychowanych w kulturze tabu masturbacja sama w sobie może być trudna, co dopiero w obcym miejscu i z ludźmi za ścianą. Mi było łatwiej o tyle, że nie jestem katolikiem i nie mam żadnego ideologicznego stosunku do tego tematu. Pragnę jednak podkreślić, że widzę i rozumiem że w całym tym procesie jest dużo takich momentów w których moralne czy etyczne opory mogą się pojawiać.
Uprzedzam jednak, że w całej diagnozie a potem leczeniu niepłodności, będzie wiele momentów w których będziesz musiał – mówiąc delikatnie – zrewidować swoje podejście. Na przykład, kiedy tak ja, dowiesz się po raz pierwszy, że jakość twojego nasienia nie jest dobra. W moim przypadku odbyło się to w dwóch etapach. Pierwszy: godzinę po wyjściu z kliniki i oddaniu nasienia otrzymałem telefon z informacją: nie będziemy mogli zrobić panu niektórych z opłaconych badań, więc zwrócimy część pieniędzy.
Pamiętam doskonale, że siedzieliśmy wtedy z żoną w kawiarni, bo postanowiliśmy jeszcze nie wracać do domu. Byłem zszokowany, szczególnie że sposób przekazania informacji był dosyć oschły, i skupiał się głównie na zwrocie pobranych pieniędzy. W podtekście było jednak: jakość nasienia jest niewystarczająca do przeprowadzenia wszystkich badań. Kiedy próbowałem o coś dopytać, usłyszałem że następnego dnia odezwie się do mnie lekarz, i powie co dalej.
Na telefon czekałem jak na wyrok. Doktor zadzwonił po 9 rano, szybko się przedstawił, po czym wypowiedział zdanie, które jest częściowo w tytule tego wpisu: ma pan tragiczną spermę, zapraszam na in-vitro. Taka wiadomość to jak strzał w ryj, w momencie w którym twoja wiedza o niepłodności jest jeszcze dość nieduża, a co dopiero o niepłodności męskiej, jakości nasienia, i tak dalej. Brzmi bardziej jak ocena niż diagnoza.
Jestem pewien, że każdy z nas przeżyje to inaczej, ale zakładam się, że w sporej części przypadków takiej diagnozie będzie towarzyszyć poczucie bycia niemęskim, bezradność, i poczucie osamotnienia. Szczególnie, że dla kogoś kto nie ma dużej wiedzy o zapłodnieniu pozaustrojowym, brzmi to egzotycznie: skoro z nasieniem jest problem, to czemu nikt nie mówi o jakimś jego leczeniu, poprawie, tylko o zupełnie innej metodzie?
Mężczyźni operują logiką. Pierwsza logiczna myśl jest taka: sperma jest zła, więc trzeba zrobić, żeby była lepsza. W klinikach płodności dowiesz się, że to mocno życzeniowe myślenie. Oczywiście, zaleca się zmianę trybu życia na umiarkowanie aktywny, zmianę diety, odstawienie papierosów, alkoholu, narkotyków, można też zażywać suplementy, ale większość lekarzy których spotkałem na swojej drodze dało mi do zrozumienia, że możliwości wpływu na jakość nasienia są mimo wszystko dość ograniczone. To znaczy: możesz robić wszystko dobrze, a tam będzie wszystko źle. I odwrotnie.
Kiedy udało nam się pierwszy raz zajść w ciążę, moja dieta pozostawiała wiele do życzenia, oboje piliśmy alkohol, a sport pojawiał się w naszym życiu homeopatycznie. Miałem więc problem z tym, żeby przekonać się do zmiany tych wszystkich nawyków w nadziei, że to poprawi jakość nasienia. No, ale przekonało mnie to, że w „najgorszym razie” po prostu polepszy mi się zdrowie, nawet jeśli nie nasienie.
Myśl o in-vitro na tym etapie wydawała się czymś, na co jest jeszcze za wcześnie: przecież nie wykorzystałem wszystkich metod. Z medycznego punktu widzenia nie było za wcześnie. Spełnialiśmy już nawet wtedy kryterium kwalifikacji do refundacji w programie rządowym. Po prostu chciałem się upewnić, że zrobiłem wszystko, co mogłem żeby doszło do zapłodnienia naturalnego.
Tak oto poznałem pierwszego w moim życiu androloga. Śmieszne, że teraz kiedy wspominam swoje nastawienie z pierwszej wizyty i zestawiam to z obecnym moim stanem wiedzy, widzę jak mocno pokładałem nadzieje w magicznym myśleniu. Typowe dla mężczyzny myślenie, że na pewno jest jakaś tabletka, zastrzyk, zabieg po którym jak ręką odjął, problemy znikną i pojawi się ciąża albo osiem.
Lekarz dość rzeczowo wytłumaczył mi jak to wszystko działa, przebadał mnie i uznał że „na oko” wszystko wygląda dobrze. Sam stwierdził, że fakt że wcześniej udało nam się zajść naturalnie daje nadzieję że można będzie to powtórzyć, ale naturze trzeba spróbować pomóc. Tak oto poznałem pierwszą w moim życiu kurację hormonalną.
Zanim przejdziemy dalej, chcę podkreślić dwie rzeczy. Jako, że nie znalazłem w polskim Internecie innych męskich historii ze stosowania takich leków, zakładam że moja będzie pierwszą dostępną publicznie. Zastrzegam więc, że fakt, że coś zadziałało (lub nie) w moim przypadku nie musi oznaczać że tak będzie u każdego faceta. I druga sprawa: nie mam uprawnień medyka, nie będę więc używał żadnych nazw preparatów medycznych które stosowałem, żeby nikomu nic nie sugerować.
Hormony to coś o czym mężczyzna, jeśli był relatywnie zdrowy, raczej nie myśli. Wyjątek stanowią bywalcy siłowni, którzy czasem decydują się na terapię testosteronem. Jedyne męskie wpisy na temat tabletek, od których zacząłem swoją przygodę pojawiały się na forach dla pakerów, którzy jednak często aplikowali je sobie sami, bez konsultacji z żadnym lekarzem.
Logika działania jest dosyć prosta, i przynajmniej mój androlog wytłumaczył mi ją zrozumiałym językiem w pięć minut: spermatogeneza, czyli powstawanie nasienia, zależy od testosteronu, a testosteron od innych hormonów. Zastosujemy więc tabletki, które poziom tych hormonów podniosą, tak żeby i jakość nasienia się polepszyła. Albo przynajmniej jego ilość, co w moim przypadku też było problemem.
Specyfika tych leków polega jednak na tym, że to preparaty które normalnie stosuje się wyłącznie u kobiet. W żadnej ulotce nie znajdziesz słowa o możliwości stosowania tego u mężczyzn. Lekarz sam informuje cię o tym, dostajesz to na papierze: leki, które będziesz stosować będą używane poza oficjalnym przeznaczeniem. Oprócz tego dowiadujesz się, że wraz z tymi lekami w twoim życiu pojawią się: zaburzenia nastroju, drażliwość, senność lub problemy ze snem, bóle głowy, zawroty głowy, i tak dalej, i tak dalej… A! I na sam koniec: nie ma pewności czy i za jaki czas leki przyniosą efekt, więc trzeba to często badać i w razie czego zmieniać metody (stąd tak duża liczba badań nasienia w moim życiu).
Pierwsza kuracja składała się z dwóch tabletek, które brałem codziennie przez trzy miesiące. W tym czasie zrobiłem kilka badań krwi i kilka badań nasienia. Wtedy też dowiedziałem się, że wystąpiła u mnie „reakcja paradoksalna”. Czyli, mówiąc najprościej, hormony podkręciły mi się elegancko, lekarz nawet zrobił sobie zdjęcie moich badań, żeby się pochwalić na sympozjum, ale nie przełożyło się to na jakość nasienia. Mówiąc jeszcze prościej, oznacza to że teoretycznie plemniki powinny być mega, ale z jakiegoś powodu nie chcą się pokazać na światło dzienne. Co robimy, Doktorku?
Androlog na którego trafiłem był dość mocno zaangażowany, kombinował więc po obejrzeniu moich wyników dość mocno i wymyślił, że możemy spróbować kolejnej terapii. Tym razem będzie ona wielokrotnie droższa (ok. 1000 zł/miesiąc) i będzie w zastrzykach. Powinna zadziałać silniej, niż poprzednia i przynieść wreszcie spodziewany efekt. W jej trakcie znów, naturalnie – badania, badania, badania. Minęły kolejne trzy miesiące, i niestety, nadal nie byliśmy w ciąży.
Na jednej z ostatnich wizyt androlog sam zasugerował, że teraz może już warto uśmiechnąć się do tego in-vitro. Polecił nam też klinikę (inną, niż ta w której byliśmy na początku) i konkretną lekarkę. I faktycznie, kiedy moja terapia hormonalna dobiegła końca, skierowaliśmy się dokładnie tam.
Jesteś jednak z pewnością ciekawy jak wyglądało moje życie przez te 6 miesięcy, kiedy dobrowolnie i bez przymusu stymulowałem się żeńskimi hormonami. Otóż, nie czarując za bardzo: wyglądało jak koszmar. Po pierwsze, jako że jest to terapia nietypowa, to nie masz gdzie i od kogo dowiedzieć się, czego się spodziewać. Po drugie, nie mówisz o tym za bardzo nikomu, a musisz w tym czasie normalnie pracować, uczestniczyć w życiu, spotykać się z ludźmi… Tym trudniejsze jest to do ogarnięcia, że poszczególnie skutki uboczne pojawiają się etapami i z różnym natężeniem. Oczywiście – podkreślam to kolejny raz – u każdego może być zupełnie inaczej, piszę więc o swoim doświadczeniu.
Jednego dnia budzę się, i mam ochotę płakać. Dlaczego? Nie wiem. Ale pół godziny później okazuje się, że prysznic się zepsuł, mam więc jakiś argument. Siadam w salonie i popadam w ryk, niczym dziecko któremu wyrwano grabki w piaskownicy. Gwoli wyjaśnienia: to nie jest moje typowe zachowanie.
Innego dnia moja żona odkłada talerz w niewłaściwym, w mojej opinii, miejscu. Rozpętuje się z tego powodu sroga awantura, która nakręca się do nieproporcjonalnych rozmiarów. Normalnie pewnie bym odpuścił, ale wiadomo – hormony.
W żartach mówimy sobie, że teraz na te hormony można zrzucić wszystko, ale prawda jest taka, że osoba która nie przeżyła takiej terapii nie ma pojęcia jakie to uczucie. A to jest, mówiąc najprościej, takie uczucie jakby się jechało rozpędzonym samochodem z wymontowaną kierownicą. Nie możesz się zatrzymać, bo życie przecież płynie, ale nie możesz też wielu swoich zachować skontrolować. Czujesz się niezrównoważony. I co najgorsze, czujesz, że to widać, że to odbija się na otoczeniu. Ironiczne jest w tym to, że znalazłeś się w tym momencie ze względu na to, że chcesz powiększyć rodzinę, a większość twoich działań sprzyja bardziej uzyskaniu rozwodu.
Ktoś powie, że dramatyzuję. Być może moja wrażliwość i nastawienie sprawiły, że przeżyłem to wszystko mocniej niż ktoś inny. Ale jeśli przeżyjesz większość życia w poczuciu, że masz generalnie kontrolę nad swoim ciałem, to potem nagłe pojawiające się znikąd napady gorąca, zawroty głowy, trudności z opanowaniem emocji, wybijają cię z komfortu.
Naturalnie żona wiedziała o wszystkim, była wtajemniczona w całe moje leczenie, dwukrotnie nawet była ze mną na wizycie u androloga, i spodziewała się że moje zachowanie przez najbliższe miesiące będzie niestandardowe. Ale po czasie mogę szczerze przyznać, że nie doceniliśmy skali, w jakiej to zmieni nasze życie. Mój ulubiony moment terapii: kiedy wiem, że do jej końca zostało kilka dni i odzyskam swoje ciało z powrotem. Jeszcze tylko upewniłem się u lekarza, jak długo to zajmie: krótko, tydzień-dwa i wraca pan do normy. Tak faktycznie było.
Czy zrobiłbym to jeszcze raz? Bez wątpliwości. Mimo, że to był psychicznie trudny czas, to zyskałem dzięki temu poczucie sprawczości, które wcześniej zostało mi dość drastycznie zabrane. Chociaż cała ta terapia nie przyniosła oczekiwanego efektu, to w jej trakcie miałem poczucie, że robię coś, co może mieć kluczowy wpływ. I przede wszystkim – kiedy już wykorzystałem tę metodę, wiedziałem że obiektywnie nic więcej nie da się już zrobić po mojej stronie.
Dodaj komentarz