Kiedy pierwszy raz zobaczyłem dwie kreski na teście ciążowym, wszedłem niemal automatycznie w tryb „młodego ojca”. To dziwna sytuacja, bo spełnia ci się długo noszone marzenie, o którym wiedziałeś, że szanse mogą być różne. I niby wiesz, chociażby ze słyszenia, że o ciąży przez pierwszy trymestr to w ogóle lepiej nikomu nie mówić, nie robić zbyt dużych planów, bo biologia ma swoje drogi. Ale to wiesz na rozum, a serce podpowiada ci zupełnie inną melodię. Nie jesteś na to wszystko przygotowany, ale domyślasz się, że istnieją miejsca, ludzie, którzy pomogą ci wejść w tę rolę. I faktycznie, jeszcze tego samego dnia kupiłem trzy książki poradnikowe dla ojców, które następnego dnia miałem już przeczytane. Główny morał z tych wszystkich książek jest taki sam: każde dziecko jest inne, nie ma dwóch takich samych sytuacji, są tylko pewne drogowskazy.
Kiedy dowiadujesz się, że tego dziecka jednak na świecie nie będzie, jedną z wielu myśli która pojawia się w głowie jest podobne przekonanie, że nie jesteś pierwszą osobą, która to przeżywa, więc gdzieś doczytasz, dosłuchasz, poradzisz się co robić. Moim naturalnym odruchem (i wydaje mi się, że wielu facetów tak ma) jest ochronienie partnerki i zabezpieczenie jej potrzeb w pierwszej kolejności, a później dopiero myślenie o sobie. Więc kiedy już nadszedł czas „na mnie” to uświadomiłem sobie, że tak samo jak każde dziecko jest inne, tak każda żałoba ma zupełnie inny wymiar.
Wiedziałem, że mam wśród bliskich przyjaciół co najmniej dwie pary, które straciły wcześniej ciąże. Liczyłem więc po cichu, że może nakarmię się ich mądrością, albo przynajmniej posłucham o tym, że to co czuję nie jest nietypowe. Zamiast tego słyszałem szczere wyrazy współczucia, ale gdy chciałem o coś dopytać – tylko stwierdzenia w stylu „no wiesz, my już tak tego nie pamiętamy dobrze, żona to przeżywała, teraz to już nie myślimy jak mamy dzieci” świadczące o tym, że nikt, kto to przeżył nie chce do tego wracać. Nie dziwię się, dla mnie samego nie jest to najmilsze doświadczenie na świecie, choć upłynęło sporo wody w rzece. Ale z drugiej strony, jak mamy to oswoić, skoro nikt o tym nie chce rozmawiać?
Jak to jest możliwe, że istnieją grupy wsparcia dla kobiet które straciły dziecko, a mężczyzna w tej sytuacji zostaje praktycznie sam? I do tego jeszcze powszechnie powtarzane, nawet w literaturze medycznej przekonanie, że ojciec więzi z dzieckiem na tym etapie jeszcze nie ma, więc dla niego to jest łatwiejsze. Strasznie mnie wkurza takie generalizowanie i umniejszanie. I żeby to było jasne, nie kwestionuję tego jaką tragedią dla kobiety jest utrata ciąży, którą czuła 24/7, która była jej częścią. Ale dlaczego nie możemy uznać jako społeczeństwo, że ojciec – jeśli jest wrażliwym mężczyzną – też miał już uczucia, obawy, troskę?
Nie opiszę tu żadnej uniwersalnej metody na przeżycie tej sytuacji. Wiem, że jedni idą w takiej sytuacji w alkohol, inni w sport – tak czy inaczej, w jakieś ekstrema. Ja wybrałem terapię i domknięcie, które miało przynieść ulgę. W ramach tego napisałem pożegnalny list do nienarodzonego dziecka, moja żona zresztą też – później je odczytaliśmy i popłakaliśmy. Kilka razy wybraliśmy się też wspólnie na symboliczny grób dzieci nienarodzonych, w wielu miastach w Polsce są takie. Na początku wydawało mi się, że czas żałoby jest po to, żeby coś zrozumieć. Teraz widzę, że jest po prostu po to, żeby się pogodzić z tym, że tak po prostu bywa.
Poronienia zdarzają się często, a fakt że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy, wynika z tego że mało kto chce o tym mówić. Trudno się więc dziwić, że skoro się nie mówi o samym fakcie, to nie rozmawia się też o tym, co dzieje się dalej. Te kwestie pozostają w czterech ścianach mieszkań, gabinetów psychoterapeutycznych albo barów. Problem pojawia się wtedy, kiedy jakiś mężczyzna postanawia w ogóle o tym z nikim nie gadać, i stosuje tradycyjną męską metodę „masz być silny”. Nie jestem ekspertem, ale nie wydaje mi się żeby to była najzdrowsza metoda.
Jednym z kluczowych pytań, które pojawiają się po poronieniu jest to, czy i kiedy w przyszłości pojawi się jeszcze ciąża. Lekarze, przynajmniej ci których spotkaliśmy na swojej drodze, stosują tutaj bardzo medyczne i suche kryteria: można próbować, kiedy organizm kobiety będzie gotowy. Czyli, w naszym przypadku dość szybko. Psychologicznie byliśmy jednak wtedy, a przynajmniej ja, zupełnie niegotowi na kolejne podejście – i kolejne potknięcie.
Po pierwszym poronieniu gdzieś z tyłu głowy pojawia się niegasnąca już później nigdy myśl: to realne zagrożenie, to może się powtórzyć. Domyślasz się zapewne, że to doskonały środek antykoncepcyjny. Zajęło nam więc dobre pół roku zanim postanowiliśmy aktywnie wrócić do dalszych starań o kolejną ciążę. Niestety, tym razem już bezskutecznie.
Nie jestem pewien na którym etapie, ale gdzieś w okolicach początków żałoby pojawiła się we mnie myśl: może to kwestia moich plemników? Pośród potencjalnych przyczyn poronień jakość nasienia też się pojawia, a ogólnie zdrowy mężczyzna który wcześniej nie myślał o ojcostwie nie ma nawet pojęcia jakiej jakości nasienie produkuje. Może i nawet wstyd się przyznać, ale wcześniej nie miałem nawet zbytnio pojęcia o tym, kim jest androlog i w jakiej sprawie można się u niego pojawić.
Po kilku miesiącach bezowocnych starań podjąłem decyzję: czas wybrać się do kliniki niepłodności. Moja żona nie była temu na początku przychylna – co jest dosyć, przynajmniej sądząc po historiach innych, nietypowe. Zazwyczaj to kobiety inicjują takie wizyty, ba, często nawet na pierwszych pojawiają się solo, a proces namawiania faceta na pierwsze badania zajmuje nawet kilka miesięcy. W naszym przypadku było zgoła inaczej. To ja poczułem, że trzeba wspomóc się wiedzą medyczną i badaniami, a moja żona liczyła jeszcze na to, że uda się bez tego.
Wyznaczyliśmy sobie jednak termin, w którym ostatecznie na tę wizytę pójdziemy. I tak zaczęła się historia naszych doświadczeniem z klinikami.
Dodaj komentarz