Pamiętam taką sytuację z młodości: z moim najlepszym przyjacielem siedzimy sobie na ławce w parku, popijamy piwo i palimy papierosa. Bierze nas nagle na jakieś wzruszenie (bo piwko nie jest pierwsze), i stwierdzamy obaj zgodnie że jesteśmy w swoim życiu na tym etapie, że spokojnie jesteśmy gotowi zostać ojcami. Żaden z nas nie ma na to nawet cienia perspektyw, bo o ile dobrze pamiętam nie mieliśmy nawet wtedy za bardzo stałych rokujących związków. Nie przeszkadzało nam to jednak poczuć wewnętrznego zewu – tak nam się przynajmniej wtedy zdawało. W rzeczywistości była to raczej pijana ułuda. Żaden z nas nie został ojcem przez najbliższe kilkanaście lat.
Dwadzieścia lat później ja nadal nie jestem ojcem, on już podwójnym. Nie muszę Ci tłumaczyć, jak to zmienia naszą relację, prawda? Moment w którym Twoi kumple informują Cię, że będą tatą to zawsze emocjonalna chwila. Pierwszy raz przeżyłem to, kiedy mój współlokator ze studiów poinformował mnie, że zaliczył wpadkę. Wtedy moje emocje skupiały się raczej wokół współczucia, ale trochę też radości – że to nie ja (nie czaruj, że nigdy tego nie poczułeś w młodości). Co innego czułem, kiedy byłem już dużo starszy, i faktycznie czułem w sobie gotowość do roli ojca. Wtedy każdy kolejny telefon, sms, wiadomość o następnym w gronie przyjaciół dziecku budził zgoła inne emocje. Czasem radość, jeśli to dotyczyło znajomych o których wiadomo było, że „długo się starali”. Czasem zazdrość, kiedy to było drugie czy trzecie dziecko. Do tego jeszcze: poczucie niesprawiedliwości, zawód, smutek, żal, niezrozumienie i szereg innych. Jeśli uczestniczysz w terapii, pewnie już usłyszałeś, że to w porządku czuć te wszystkie rzeczy. Że nie czyni Cię potworem fakt, że nie potrafisz skakać do góry na wieść o tym, że kolejny kumpel osiągnął coś, czego tak bardzo pragniesz.
Ale przychodzi taki moment, że Twoja żona biegnie rano do toalety, a po chwili wybiega z krzykiem: „Ale jaja!”. Patrzysz na dwie kreski na teście ciążowym leżącym na pralce i czujesz, że świat stał się właśnie zupełnie innym miejscem. To jeden z tych momentów, których jednocześnie nie pamiętasz z wrażenia, ale pamiętasz za to jak były intensywne. Potem wszystko dzieje się ekspresowo. W ciągu pół godziny jesteśmy już w przychodni żeby zbadać betę we krwi. Na drugi dzień mamy zaś umówioną wizytę u ginekologa. To akurat niedziela, więc to pierwszy lepszy lekarz z internetu. Nie ma genialnych opinii, ale przecież ma tylko potwierdzić ciążę, więcej się nie zobaczymy, prawda?
To pierwszy strzał drzwiami w ryj w tej historii. I to dosłownie, bo stara lekarka stwierdziła, że mężczyzna tylko przeszkadza na wizycie i nie wpuściła mnie do środka. Nie chciałem się z nią kłócić, bo widziałem że moja żona i tak jest w dużych emocjach. Odpuściłem i usiadłem przy drzwiach. To był chyba pierwszy raz, kiedy poczułem, że coś jest nie tak. Że skoro dziecko to nasza wspólna sprawa, to powinienem tam siedzieć razem z nią. Napisałem maila z zażaleniem do dyrekcji tej placówki, oni odesłali przeprosiny i zapewnienie że „pani doktor została pouczona”, ale pierwszego wrażenia to nie zatarło. Postanowiłem, że następnym razem – gdyby się zdarzył – nie odpuszczę w takiej sytuacji. Nie było potrzeby.
Na drugi dzień miałem już w domu wszystkie poradniki dla ojców dostępne w pobliskiej księgarni. W Internecie zamówiłem adapter do pasów bezpieczeństwa w samochodzie, kawę bezkofeinową, pastę do zębów dla ciężarnych i jeszcze pół tuzina podobnych akcesoriów. W telefonie zainstalowałem aplikację mającą pokazywać na bieżąco w jakiej fazie rozwoju jest dziecko, ile może ważyć, ile mierzyć, i tak dalej. Wkręciłem się w ojcostwo jak w nic wcześniej w życiu. Mogę śmiało powiedzieć, że poczułem że „całe nasze życie w twego brzucha depozycie śpi”.
Ciąża od początku była zagrożona. Tego dowiedzieliśmy się już od kolejnej lekarki, a potem lekarza, potem znów lekarki, potem lekarza… Przewinęło się kilku ginekologów, bo chyba u każdego z nich szukaliśmy jakiejś nadziei. Byłem na każdej kolejnej wizycie. Słyszałem bicie serca, widziałem USG. Płakałem, wspierałem, ale przede wszystkim dużo milczałem.
Bo przecież o ciąży nie mówi się do trzeciego miesiąca, prawda? Mój kumpel, ten z ławki od piwa i papierosa, popełnił raz wraz z żoną ten błąd. Na imprezie przyznali, że spodziewają się dziecka, czym wprowadzili bardzo radosną atmosferę. Kilka tygodni później nie było już po tej radości śladu, pozostał mrok i historia, której nie byłem w stanie zrozumieć. Jak to, poroniła? Co to oznacza? Dlaczego tak się dzieje? Przyznaję, że zanim na moim horyzoncie życia pojawiło się ojcostwo, miałem mierne pojęcie o kwestii poronienia, a przede wszystkim o jego powszechności.
A wreszcie spotkało to nas. Spotkało to mnie. Dzień, w którym trafiliśmy na wizytę do lekarza, który orzekł że dziecko przestało się rozwijać, a serce już nie bije. Dzień, w którym trafiamy do szpitala na tzw. indukcję. To są dni, które będę pamiętał zawsze. To dni, w których czułem się najdalej od siebie, bo wtedy całe moje życie, cały mój nowy jego sens runęło w jednym momencie.
Spodziewasz się, że to może się wydarzyć, kiedy lekarze mówią, żeby „się nie nastawiać”. Ale mimo wszystko, nadzieja tli się do ostatniej chwili. Ja nie jestem człowiekiem wierzącym w Boga, ale w tamtym momencie szukałem jakiejś nadprzyrodzonej siły, która potrafiłaby mi to wytłumaczyć. Nie znalazłem. Tamtego dnia nie widziałem żadnego sensu w tym, co się dzieje. W płaczu mojej żony, w moim rozdzierającym się sercu. Dużo, dużo później zacząłem rozumieć że można na to spojrzeć inaczej.
Jeśli jesteś taki jak ja, to w takim momencie zaczynasz szukać jakiejkolwiek odpowiedzi – dlaczego tak się stało? Szybki przegląd Internetu uspokaja, że dzieje się tak całkiem często, że odpowiadają za to różne czynniki, że nie zawsze wiadomo dokładnie co, i nie należy szukać winnych, bo to niecelowe. Jeśli jesteś taki jak ja, szukasz winy w sobie i zaczynasz wyrzucać sobie, że niepotrzebnie paliłeś papierosy przez tyle lat, że źle się odżywiałeś, i że to pewnie dlatego miałeś słabego plemnika, który doprowadził do tej sytuacji. A w ogóle to nie powinieneś w ogóle okazywać zdenerwowania swojej żonie, kiedy była w ciąży, bo to pewnie odbiło się na jej zdrowiu i ciąży.
Mężczyzna urodzony w latach 80′ w Polsce i wychowany według klasycznej wtedy szkoły będzie próbował za wszelką cenę poradzić sobie z tym sam. To znaczy: najpierw sobie wytłumaczyć, a potem zastosować plan naprawczy. A, bo to jest ciekawe: kiedy tracisz dziecko, chociaż jeszcze nie pojawiło się na świecie, ale było już w Twoich myślach, to nabierasz przekonania, że świat zmienia się kompletnie. To już drugi raz, w bardzo krótkim czasie, kiedy tak poczułem. Niesamowite jest to, jak bardzo nie doceniałem tego, jak nieodwracalne są to zmiany.
Postanowiliśmy powiedzieć naszym rodzinom o ciąży, której już nie ma, żeby wiedzieli że przeżywamy teraz trudny czas. Nie wiem dzisiaj, czy to był dobry pomysł i czy zrobiłbym to drugi raz. Ich uczucia i nieporadność emocjonalna zabrały nam sporo przestrzeni na żałobę i dołożyły cierpień. Powiedzieliśmy też kilkorgu znajomym, którzy zazwyczaj reagowali wspierająco. Ciekawe jednak, że dopiero kiedy otworzyliśmy się z naszym doświadczeniem, dowiedzieliśmy się jak wiele osób dookoła też to przeszło. Wspólne jest dla nich wszystkich jedno: nikt nie chce do tego wracać.
I wiesz, ja kiedy to piszę, też za bardzo nie cieszę się na myśl o wracaniu do tamtych chwil. Szczególnie, że zamknąłem pewnie drzwi na terapii, napisałem pożegnalny list do nienarodzonego dziecka i przepłakałem swoje. Ale wracam tam, i przypominam sobie swój stan, żeby spróbować go opisać, tak żebyś sprawdził czy nie jest czasem podobny do Twojego.
W kontekście poronienia pierwszy raz przekonałem się o tym, jak bardzo transparentna jest postać mężczyzny w doświadczeniu wspólnego starania się o dziecko. Pytania rodziny, znajomych, personelu medycznego skupiają się na tym, jak czuje się kobieta. I to jest logiczne, zrozumiałe i godne wdzięczności. Masa ciepła, wyrozumiałości, empatii trafia do kobiety, jeśli ma to szczęście trafić na odpowiednich ludzi. Mężczyzna jednak, w najlepszym przypadku staje się rzecznikiem żony i odpowiada na pytania o to, jak ona się czuje.
Za każdym razem, kiedy próbowałem mówić o swoich uczuciach, czułem że nie ma na to przestrzeni. Kiedy chciałem podzielić się tym, jak ciężko jest mi chodzić do pracy i udawać, że nic się nie stało, czułem że nie powinienem. Być może Ty masz inaczej, być może potrafisz poprosić o pomoc i wysłuchanie. Ja zamknąłem się w sobie ze swoim poczuciem żalu.
Znalezienie w sieci czy księgarni poradnika o tym jak być ojcem nie jest specjalnie trudne. Pokaż mi jednak jakiejkolwiek miejsce w którym mężczyzna może poczytać czy posłuchać o tym, jak inny mężczyzna cierpiał po stracie swojego dziecka – które jeszcze się nie narodziło. Uczy się nas, że mamy być odporni. Że mamy być wsparciem dla kobiet, że mamy stanowić oparcie dla całej rodziny. Ale jeśli nikomu nie powiemy o tym, że nasz świat się właśnie rozleciał, to raczej nie starczy na to siły.
Kiedy doświadczenie poronienia przeistoczyło się w żałobę, a ta z kolei w rozmyślania nad tym, co dalej, pierwszy raz na horyzoncie pojawiła się niepłodność. Może to, że ta ciąża została utracona wynika z tego, że coś jest nie tak z moimi plemnikami? Nie cofnie to przeszłości, ale może coś się da z tym zrobić?
Najbardziej niesamowite w moim sposobie doświadczania niepłodności jest to, jak bardzo wiele zmienia się w mojej wiedzy o problemie na poszczególnych etapach. Na przykład: kiedy sam jeszcze nie chciałem być ojcem, a słyszałem o problemach moich kolegów z płodnością, byłem pewien że wystarczy że zmienią dietę, rzucą fajki i alkohol, i po trzech miesiącach ciąża murowana. Albo: kiedy straciłem pierwszą ciążę z moją żoną, pomyślałem że suplementy diety i aktywność fizyczna to stuprocentowy przepis na sukces.
W książkach o ojcostwie piszą wiele o lęku, który towarzyszy szczególnie młodym tatom. Że boją się upuścić dziecko, zmienić pieluchę, i tak dalej. Niewiele miejsca poświęca się tam lękowi, który pojawia się wiele wcześniej: co jeśli nie uda mi się zostać ojcem?
Co, jeśli te suplementy, dieta, zdrowy tryb życia, stawanie na głowie to za mało, bo biologia ma inny plan i niekoniecznie radykalnie zmienia swoje tory po zjedzeniu dwóch brokułów? To obawa, która pojawia się na początku zmagań z niepłodnością i nie chce sobie pójść. Stoi za nią pytanie, które kiedyś zadał mi terapeuta: a co, jeśli nigdy nie będzie pan ojcem?
Dodaj komentarz